WSPOMNIENIE O RODZINIE SAŻYŃSKICH

 

WSPOMNIENIE O RODZINIE SAŻYŃSKICH


/na podstawie tekstu opracowanego przez Tadeusza Grabeka/


     Pani Stefania Łoń urodziła się 15 marca 1895 r. w Warszawie. Ukończyła pensję dla dziewcząt i następnie zdobyła w szkole zawód fotografa. W 1919 r. wyszła za mąż za Stefana Sażyńskiego, z zawodu fotografika, który posiadał Zakład Fotograficzny w Warszawie przy ul. Wspólnej. Pracowali razem
w zakładzie. Pierwszy syn Czesław, urodził się w 1920r. Drugi syn Witold
w 1922 r., a trzeci Tadeusz przyszedł na świat 1924 r. W 1928 r. państwo Sażyńscy pozbyli się zakładu fotograficznego w Warszawie i przenieśli się do Mińska Mazowieckiego. Tu kupili Zakład Fotograficzny w narożnej kamienicy przy zbiegu ulic Legionów z Karczewską – obecnie są to ulice Ks. Stefana Kardynała Wyszyńskiego i Józefa Pilsudskiego. 

     Nadszedł rok 1939. Najstarszy syn Państwa Sażyńskich był studentem Uniwersytetu Warszawskiego. Młodszy – Witold marzył o służbie w marynarce
i kształcił się w tym kierunku. Najmłodszy -Tadeusz interesował się mechaniką samochodową.
Wybuchła wojna. Sytuacja się zmieniła. Coraz bardziej rozszerzała się walka konspiracyjna przeciwko Niemcom o wolną Polskę. Wielu Polaków stanęło do walki konspiracyjnej, początkowo w organizacji pod nazwą Służba Zwycięstwu Polski, zmienionej na Związek Walki Zbrojnej oraz
w innych organizacjach niepodległościowych, które w lutym 1942 r. scalone zostały w Jednolitą Armię Krajową. Młodzież organizowała się w tajnym harcerstwie jako Szare Szeregi. Bywało tak, że całe zastępy a nawet drużyny harcerskie przechodziły do Szarych Szeregów. 

     Podobna sytuacja istniała i w naszym mieście. Między innymi cała Rodzina Państwa Sażyńskich włączyła się w nurt konspiracyjny walki niepodległościowej. Zakład Fotograficzny był punktem kontaktowym, rozdzielnią tajnej prasy, a także komórką legalizacji dokumentów, podległą Komendzie Obwodu „Mewa” – taki kryptonim posiadał nasz powiat. Dokumenty tam podrabiane nie były gorsze od autentycznych, niemieckich. Każda walka
o wolność pociąga za sobą ofiary. Tak było i u nas. 

     Największa tragedia rozegrała się w połowie lutego 1944 r. Ogółem na terenie Mińska i byłego powiatu, udało się im aresztować 64 osoby (w tym Mieczysław Jankowski pseud. „Brzoza” został zabity podczas ucieczki przed aresztowaniem). Wielu osobom udało się w różny sposób uniknąć aresztowania. Wśród aresztowanych było kilka komunistów i kilka osób postronnych nie związanych z AK. Niektórzy aresztowani i podwładni „Morsa”, rozpoznali wśród Niemców dokonujących aresztowań. Podczas próby aresztowania Komendanta Miasta „Boruty” Władysława Klimaszewskiego
z domu przy ul. Stankowizna „Mors” zrzucił z siebie kożuch i hełm, i rzucił się do ucieczki przez ogród. Ucieczka ta była najwyraźniej sfingowana, gdyż Niemcy strzelali za nim tak, że go nie trafili. Następnego dnia odbył się Sąd Polowy Polski Podziemnej. Na ciele „Morsa” nie znaleziono śladów bicia
i tortur. Za zdradę wyrok mógł być tylko jeden. Wyrok ten został wkrótce wykonany. Wśród aresztowanych znalazła się cala Rodzina Sażyńskich oraz przebywająca wówczas u nich Pani Halina Cudna, obecnie Chorobińska. Podczas aresztowania w ich mieszkaniu Niemcy znaleźli materiały organizacyjne, w jednym pokoju na podłodze, rozłożone były fotografie konstrukcji pistoletu maszynowego „Sten” oraz innego sprzętu potrzebnego dla celów szkoleniowych, a w koszu na śmieci – ścinki materiałów fotograficznych – 2 pistoletów. Średni syn Witold, ukończył już wtedy Szkołę Podchorążych Piechoty Armii Krajowej.

     Wszyscy aresztowani przez Niemców w dniu 17 lutego 1944 r. początkowo zostali osadzeni w baraku przy budynku żandarmerii (obecnie WKU) przy
ul. Pięknej. Z tego miejsca zostali przewiezieni do Latowicza i umieszczeni
w budynku szkolnym. Tu wszyscy aresztowani poddani byli strasznym torturom w celu wymuszenia zeznań, wydania dalszych członków organizacji i jej dowódców. Nikt nie zna swojej wytrzymałości na ból i cierpienie, nie wie czy podczas okrutnego śledztwa nie załamie się. Na pierwszy ogień poszli bracia Sażyńscy. Pierwszego wzięli Czesława. Z piętra gdzie odbywały się przesłuchania słychać było nieludzkie jęki i wrzaski. Po jakimś czasie dwaj żandarmi przywlekli zmasakrowanego Czesia na dół i rzucili Go na słomę. Ojciec i bracia podczołgali się do Niego, gdyż można tam było przebywać tylko na leżąco, aby udzielić Czesiowi możliwej w tych warunkach pomocy. Twarz była zbita, całe ciało pokryte krwią, ale pierwsze słowa wypowiedziane do brata Witka były następujące: "wszystko w porządku, dajcie pić". Po pewnym czasie biorą na tortury średniego brata Witka - dowódcę Szarych Szeregów. Znów słychać było z góry nieludzkie jęki i wrzaski. Tak samo wrzucony zostaje na podłogę gdzie leżą inni aresztowani. Obaj bracia są bardzo skatowani ale Witek mając silniejszą budowę trzyma się nieco lepiej. Wymienia najcenniejsze i bardzo znamienne słowa: "wszystko w porządku". Następnym do katowania wzięty był najmłodszy brat Tadeusz. Historia męczeństwa powtarza się. Tadeusza rzucają żandarmi na podłogę, ale i ten powtórzył jakby meldunek o zachowaniu tajemnicy. Żadne pióro nie opisze jak mógł czuć się ojciec chłopców Pan Sażyński, który patrzył na skatowanych synów,
w warunkach takich, że nie mógł udzielić im właściwej pomocy. Pani Sażyńska nie widziała swoich skatowanych synów, podczas pierwszego śledztwa, bo kobiety były osadzone były oddzielnie, ale słyszała jęki synów i ból rozdzielał jej serce. Następnie z góry dochodziły kobiece jęki i krzyki bólu, po głosie można było poznać, że przesłuchują Panią Halinę Cudną - nic nie powiedziała, a wiedziała bardzo dużo. Później przez przesłuchania przeszła Pani Sażyńska
i inni aresztowani, ale nikt nie sypnął - nie było następnych aresztowań. Następnego dnia, w piątek przesłuchania się powtórzyły z tą samą brutalnością. Jedynie ojca chłopców, Pana Stefana Sażyńskiego Niemcy potraktowali nieco łagodniej niż synów, choć nie szczędzili Mu razów, kopniaków i kolb karabinowych. Wśród aresztowanych znajdował się Komendant szarych Szeregów "Sęk" - Tadeusz Smoleński - nauczyciel Szkoły Handlowej. To on jak tylko znaleźli się w Latowiczu dodawał chłopcom otuchy i pouczał ich, że jak tylko zaczną mówić na mękach to będą jeszcze bardziej katowani, żeby mówili więcej i później sam po torturach położył się
w milczeniu, bez języka, bez słowa skargi.

     Komenda AK przerzuciła grupę uderzeniową z północnej strony powiatu pod Latowicz, dla zorganizowania odbicia aresztowanych. Obstawę i wsparcie mieli stanowić, także zagrzani w boju chłopcy z III Ośrodka Latowicz. Niestety, Niemcy zorientowali się, że kręcą się jacyś młodzi ludzie, zrozumieli, że może to być koncentracja oddziałów AK. W piątek przed wieczorem aresztowani zauważyli wśród Niemców poruszenie. Ściągnęli worki ze zbożem, wynosili je na korytarz, okna zabijali deskami. Wzmocnili straże, stanowiska ogniowe
a w korytarzu w kierunku drzwi ustawili karabin maszynowy. Zabłysła iskierka nadziei, że może zostaną odbici. Przez całą noc z piątku na sobotę nic się nie wydarzyło. W sobotę rano znów przesłuchiwali Sażyńskich. Nawet żandarmi, którzy pilnowali aresztowanych wewnątrz z obrzydzeniem patrzyli na Sażyńskich, zmasakrowanych przez swoich niemieckich rodaków. W sobotę wieczorem19 lutego, kiedy niektórzy już przymknęli oczy, rozległy się strzały
i słychać było wybuchy granatów. Rozszalała się kanonada. Słychać było nawoływania w języku polskim i wybuchy "filipinek", uderzających w deski zabezpieczające okna i wybuchające pod oknami. Z góry odezwała się niemiecka broń maszynowa. Wkrótce strzelanina cichła gdyż po załamaniu się uderzenia i po rakietach niemieckich wzywających pomocy padł rozkaz odwrotu. Zadanie nie zostało wykonane. Starty własne 1 zabity, 1 lekko draśnięty w szyję, wewnątrz budynku jedna kobieta ciężko ranna odłamkiem granatu. Nadzieja na odzyskanie wolności stracona. W niedzielę Niemcy wypędzili aresztowanych na plac przed budynkiem. Jeszcze tu jeden z gestapowców zaproponował, żeby aresztowani wydali swojego dowódcę, to zatrzymają tylko jego, a pozostałych wypuszczą, odpowiedzią było milczenie. Niemcy wściekli rozpoczęli ładowanie aresztowanych na samochody, którymi wywieźli ich do Warszawy na dziedziniec Domu Akademickiego przy
pl. Narutowicza. Tu po selekcji w/g przygotowanej listy część więźniów Ponownie załadowano na samochody i wywieziono. Wśród pozostałych na miejscu była cała rodzina Sażyńskich. Tu znowu zaczęły się bestialskie przesłuchania. Jako pierwsi znowu poszli bracia Sażyńscy. Ile się nacierpieli trudno sobie wyobrazić, gdyż każde choćby najmniejsze dotknięcie ciała sprawiało im trudny do opisania ból. Świadkiem ich męczarni była ich matka, która pełniła role pielęgniarki nie tylko dla własnych synów. Przez takie badania przeszła i Pani Sażyńska, wróciła pokazywała posiniaczone i obolałe miejsca. Następnego dnia w poniedziałek 20 lutego znowu były brutalne przesłuchiwania. Nikt nikogo nie wydał. Po przesłuchaniach Czesio Sażyński gasł w oczach. Następny dzień wtorek rozpoczął się przesłuchaniami, ale przed południem całą grupę przewieziono na Pawiak. Jeszcze w kancelarii Pawiaka Czesio osuwa się na ławkę. Cała grupa zostaje skierowana do jednej celi, więźniowie oglądają ich ze współczuciem, szczególnie Czesia i doktora Huberta. Przychodzi lekarz bada ich obu. Podchodzi do lekarza dr. Bołądź z grupy mińskich aresztowanych - coś rozmawiają. Pod wieczór przychodzą kapo i zabierają Czesia do więziennego szpitala. Po koszmarnych warunkach śledztwa w Latowiczu i na pl. Narutowicza pierwsze dni na Pawiaku wydają się nawet znośne. Tadzio Sażyński choć był ogromnie poturbowany zaczął nucić piosenki, a Witek mu wtórował. W trzecim dniu pobytu na Pawiaku dociera informacja, że Czesio Sażyński zmarł w szpitalu na skutek ogólnego pobicia. Więźniowie z Mińska przeżywają ten ból wspólnie z rodziną. Po dwutygodniowej kwarantanie więźniowie z Mińska zostali przeniesieni do innych celi. W pierwszej dekadzie marca zabrano ich na przesłuchanie do gestapo w Al. Szucha. W czasie przejazdu spotkali się z P. Haliną Cudną, która podzieliła się z nimi posiadanymi informacjami. Metody przesłuchań były podobne do tych jakie Niemcy stosowali w Latowiczu i w Domu Akademickim, tylko narzędzia tortur były bardziej urozmaicone i było ich więcej. Bykowce, pręty żelazne, trzcina bambusowa, pejcze z ołowianymi ciężarkami itp. Przesłuchiwani nikogo nie wydali. Po ok. 2 tygodniach znowu zawieźli ich na przesłuchanie do Gestapo w Al. Szucha. Efekt był jak poprzednio. Na charakterystycznym w czasie okupacji plakacie, podpisanym przez Szefa SS i Policji z dnia 24 kwietnia 1944r. Niemcy podali nazwiska kolejnej grupy rozstrzelanych Polaków. Wśród tych nazwisk były dwa z grupy mińskiej: Witold Sażyński i Józef Popiel. Trzeci syn Państwa Sażyńskich Tadeusz, został roztrzelony kilka dni wcześniej - 14 kwietnia, także w ruinach getta w Warszawie. Ojciec rodziny wywieziony został do obozu koncentracyjnego w Sztutchofie. 
     P. Stefania Sażyńska z Pawiaka w dniu 2 czerwca 1944r. zostaje wysłana do obozu koncentracyjnego w Rawensbruck i następnie do obozu w Oranienburgui Sachsenhausen, gdzie została wyzwolona przez przez wkraczające wojska amerykańskie. W styczniu 1946r. powróciła do Mińska i tu dopiero dowiedziała się o tragedii jaka spotkała Jej rodzinę. Dowiedziała się o zamordowaniu synów, o tym że mąż Jej zginął podczas ewakuacji obozu. Przy tym dom do wróciła był ograbiony i pusty. Zajęła się prowadzeniem Zakładu Fotograficznego i dopiero 1 września 1991r. mając 96 lat przestała w nim pracować.

     Na ołtarzu umiłowanej Ojczyzny złożyła ofiarę najcenniejszą jaką miała - ofiarę życia męża i trzech synów i sama przeszła gehennę życiową., której żadne słowo pisane, czy mówione nie wyrazi.

     Była sierżantem AK, wyróżniona Krzyżem Walecznych, Krzyżem Oświęcimskim, Złotym Krzyżem Zasługi z Mieczami i innymi odznaczeniami. Była wzorem Polki - Patriotki i Matką Crzetną naszego Sztandaru. Była najstarszą Obywatelką naszego miasta. Odeszła na wieczną chwałę w dniu 10 września 1992r. mając 97 lat. Żegnała Ją liczna rzesza mieszkańców, Władze Miasta, Duchowieństwo i żołnierze AK ze sztandarem. 

Pani Stefania Łoń urodziła się 15 marca 1895 r. w Warszawie. Ukończyła pensję dla dziewcząt i następnie zdobyła w szkole zawód fotografa. W 1919 r. wyszła za mąż za Stefana Sażyńskiego, z zawodu fotografika, który posiadał Zakład Fotograficzny w Warszawie przy ul. Wspólnej. Pracowali razem w zakładzie. Pierwszy syn Czesław, urodził się w 1920r. Drugi syn Witold w 1922 r., a trzeci Tadeusz przyszedł na świat 1924 r. W 1928 r. państw Sażyńscy pozbyli się zakładu fotograficznego w Warszawie i przenieśli się do Mińska Mazowieckiego. Tu kupili Zakład Fotograficzny w narożnej kamienicy przy zbiegu ulic Legionów z Karczewską – obecnie są to ulice Ks. Stefana Kardynała Wyszyńskiego i Józefa Pilsudskiego. Nadszedł rok 1939. Najstarszy syn Państwa Sażyńskich był studentem Uniwersytetu Warszawskiego. Młodszy – Witold marzył o służbie w marynarce i kształcił się w tym kierunku. Najmłodszy -Tadeusz interesował się mechaniką samochodową.

 

Wybuchła wojna. Sytuacja się zmieniła. Coraz bardziej rozszerzała się walka konspiracyjna przeciwko Niemcom o wolną Polskę. Wielu Polaków stanęło do walki konspiracyjnej, początkowo w organizacji pod nazwą Służba Zwycięstwu Polski, zmienionej na Związek Walki Zbrojnej oraz w innych organizacjach niepodległościowych, które w lutym 1942 r. scalone zostały w Jednolitą Armię Krajową. Młodzież organizowała się w tajnym harcerstwie jako Szare Szeregi. Bywało tak, że całe zastępy a nawet drużyny harcerskie przechodziły do Szarych Szeregów. Podobna sytuacja istniała i w naszym mieście. Między innymi cała Rodzina Państwa Sażyńskich włączyła się w nurt konspiracyjny walki niepodległościowej. Zakład Fotograficzny był punktem kontaktowym, rozdzielnią tajnej prasy, a także komórką legalizacji dokumentów, podległą Komendzie Obwodu „Mewa” – taki kryptonim posiadał nasz powiat. Dokumenty tam podrabiane nie były gorsze od autentycznych, niemieckich. Każda walka o wolność pociąga za sobą ofiary. Tak było i u nas. Największa tragedia rozegrała się w połowie lutego 1944 r. Ogółem na terenie Mińska i byłego powiatu, udało się im aresztować 64 osoby (w tym Mieczysław Jankowski pseud. „Brzoza” został zabity podczas ucieczki przed aresztowaniem). Wielu osobom udało się w różny sposób uniknąć aresztowania. Wśród aresztowanych było kilka komunistów i kilka osób postronnych nie związanych z AK. Niektórzy aresztowani i podwładni „Morsa”, rozpoznali wśród Niemców dokonujących aresztowań. Podczas próby aresztowania Komendanta Miasta „Boruty” Władysława Klimaszewskiego z domu przy ul. Stankowizna „Mors” zrzucił z siebie kożuch i hełm, i rzucił się do ucieczki przez ogród. Ucieczka ta była najwyraźniej sfingowana, gdyż Niemcy strzelali za nim tak, że go nie trafili. Następnego dnia odbył się Sad Polowy Polski Podziemnej. Na ciele „Morsa” nie znaleziono śladów bicia i tortur. Za zdradę wyrok mógł być tylko jeden. Wyrok ten został wkrótce wykonany. Wśród aresztowanych znalazła się cala Rodzina Sażyńskich oraz przebywająca wówczas u nich Pani Halina Cudna, obecnie Chorobińska. Podczas aresztowania w ich mieszkaniu Niemcy znaleźli materiały organizacyjne, w jednym pokoju na podłodze, rozłożone były fotografie konstrukcji pistoletu maszynowego „Sten” oraz innego sprzętu potrzebnego dla celów szkoleniowych, a w koszu na śmieci – ścinki materiałów fotograficznych – 2 pistoletów. Średni syn Witold, ukończył już wtedy Szkołę Podchorążych Piechoty Armii Krajowej.

 

Wszyscy aresztowani przez Niemców w dniu 17 lutego 1944 r. początkowo zostali osadzeni w baraku przy budynku żandarmerii (obecnie WKU) przy ul. Pięknej. Z tego miejsca zostali przewiezieni do Latowicza i umieszczeni w budynku szkolnym. Tu wszyscy aresztowani poddani byli strasznym torturom w celu wymuszenia zeznań, wydania dalszych członków organizacji i jej dowódców. Nikt nie zna swojej wytrzymałości na ból i cierpienie, nie wie czy podczas okrutnego śledztwa nie załamie się. Na pierwszy ogień poszli bracia Sażyńscy. Pierwszego wzięli Czesława. Z piętra gdzie odbywały się przesłuchania słychać było nieludzkie jęki i wrzaski. Po jakimś czasie dwaj żandarmi przywlekli zmasakrowanego Czesia na dół i rzucili Go na słomę. Ojciec i bracia podczołgali się do Niego, gdyż można tam było przebywać tylko na leżąco, aby udzielić Czesiowi możliwej w tych warunkach pomocy. Twarz była zbita, całe ciało pokryte krwią, ale pierwsze słowa wypowiedziane do brata Witka były następujące: "wszystko w porządku, dajcie pić". Po pewnym czasie biorą na tortury średniego brata Witka - dowódcę Szarych Szeregów. Znów słychać było z góry nieludzkie jęki i wrzaski. Tak samo wrzucony zostaje na podłogę gdzie leżą inni aresztowani. Obaj bracia są bardzo skatowani ale Witek mając silniejszą budowę trzyma się nieco lepiej. Wymienia najcenniejsze i bardzo znamienne słowa: "wszystko w porządku". Następnym do katowania wzięty był najmłodszy brat Tadeusz. Historia męczeństwa powtarza się. Tadeusza rzucają żandarmi na podłogę, ale i ten powtórzył jakby meldunek o zachowaniu tajemnicy. Żadne pióro nie opisze jak mógł czuć się ojciec chłopców Pan Sażyński, który patrzył na skatowanych synów, w warunkach takich, że nie mógł udzielić im właściwej pomocy. Pani Sażyńska nie widziała swoich skatowanych synów, podczas pierwszego śledztwa, bo kobiety były osadzone były oddzielnie, ale słyszała jęki synów i ból rozdzielał jej serce. Następnie z góry dochodziły kobiece jęki i krzyki bólu, po głosie można było poznać, że przesłuchują Panią Halinę Cudną - nic nie powiedziała, a wiedziała bardzo dużo. Później przez przesłuchania przeszła Pani Sażyńska i inni aresztowani, ale nikt nie sypnął - nie było następnych aresztowań. Następnego dnia, w piątek przesłuchania się powtórzyły z tą samą brutalnością. Jedynie ojca chłopców, Pana Stefana Sażyńskiego Niemcy potraktowali nieco łagodniej niż synów, choć nie szczędzili Mu razów, kopniaków i kolb karabinowych. Wśród aresztowanych znajdował się Komendant szarych Szeregów "Sęk" - Tadeusz Smoleński - nauczyciel Szkoły Handlowej. To on jak tylko znaleźli się w Latowiczu dodawał chłopcom otuchy i pouczał ich, że jak tylko zaczną mówić na mękach to będą jeszcze bardziej katowani, żeby mówili więcej i później sam po torturach położył się w milczeniu, bez języka, bez słowa skargi.

 

Komenda AK przerzuciła grupę uderzeniową z północnej strony powiatu pod Latowicz, dla zorganizowania odbicia aresztowanych. Obstawę i wsparcie mieli stanowić, także zagrzani w boju chłopcy z III Ośrodka Latowicz. Niestety, Niemcy zorientowali się, że kręcą się jacyś młodzi ludzie, zrozumieli, że może to być koncentracja oddziałów AK. W piątek przed wieczorem aresztowani zauważyli wśród Niemców poruszenie. Ściągnęli worki ze zbożem, wynosili je na korytarz, okna zabijali deskami. Wzmocnili straże, stanowiska ogniowe a w korytarzu w kierunku drzwi ustawili karabin maszynowy. Zabłysła iskierka nadziei, że może zostaną odbici. Przez całą noc z piątku na sobotę nic się nie wydarzyło. W sobotę rano znów przesłuchiwali Sażyńskich. Nawet żandarmi, którzy pilnowali aresztowanych wewnątrz z obrzydzeniem patrzyli na Sażyńskich, zmasakrowanych przez swoich niemieckich rodaków. W sobotę wieczorem19 lutego, kiedy niektórzy już przymknęli oczy, rozległy się strzały i słychać było wybuchy granatów. Rozszalała się kanonada. Słychać było nawoływania w języku polskim i wybuchy "filipinek", uderzających w deski zabezpieczające okna i wybuchające pod oknami. Z góry odezwała się niemiecka broń maszynowa. Wkrótce strzelanina cichła gdyż po załamaniu się uderzenia i po rakietach niemieckich wzywających pomocy padł rozkaz odwrotu. Zadanie ni zostało wykonane. Starty własne 1 zabity, 1 lekko draśnięty w szyję, wewnątrz budynku jedna kobieta ciężko ranna odłamkiem granatu. Nadzieja na odzyskanie wolności stracona. W niedzielę Niemcy wypędzili aresztowanych na plac przed budynkiem. Jeszcze tu jeden z gestapowców zaproponował, żeby aresztowani wydali swojego dowódcę, to zatrzymają tylko jego, a pozostałych wypuszczą. odpowiedzią było milczenie. Niemcy wściekli rozpoczęli ładowanie aresztowanych na samochody, którymi wywieźli ich do Warszawy na dziedziniec Domu Akademickiego przy pl. Narutowicza. Tu po selekcji w/g przygotowanej listy część więźniów Ponownie załadowano na samochody i wywieziono. Wśród pozostałych na miejscu była cała rodzina Sażyńskich. Tu znowu zaczęły się bestialskie przesłuchania. Jako pierwsi znowu poszli bracia Sażyńscy. Ile się nacierpieli trudno sobie wyobrazić, gdyż każde choćby najmniejsze dotknięcie ciała sprawiało im trudny do opisania ból. Świadkiem ich męczarni była ich matka, która pełniła role pielęgniarki nie tylko dla własnych synów. Przez takie badania przeszła i Pani Sażyńska, wróciła pokazywała posiniaczone i obolałe miejsca. Następnego dnia w poniedziałek 20 lutego znowu były brutalne przesłuchiwania. Nikt nikogo nie wydał. Po przesłuchaniach Czesio Sażyński gasł w oczach. Następny dzień wtorek rozpoczął się przesłuchaniami, ale przed południem całą grupę przewieziono na Pawiak. Jeszcze w kancelarii Pawiaka Czesio osuwa się na ławkę. Cała grupa zostaje skierowana do jednej celi, więźniowie oglądają ich ze współczuciem, szczególnie Czesia i doktora Huberta. Przychodzi lekarz bada ich obu. Podchodzi do lekarza dr. Bołądź z grupy mińskich aresztowanych - coś rozmawiają. Pod wieczór przychodzą kapo i zabierają Czesia do więziennego szpitala. Po koszmarnych warunkach śledztwa w Latowiczu i na pl. Narutowicza pierwsze dni na Pawiaku wydają się nawet znośne. Tadzio Sażyński choć był ogromnie poturbowany zaczął nucić piosenki, a Witek mu wtórował. W trzecim dniu pobytu na Pawiaku dociera informacja, że Czesio Sażyński zmarł w szpitalu na skutek ogólnego pobicia. Więźniowie z Mińska przeżywają ten ból wspólnie z rodziną. Po dwutygodniowej kwarantanie więźniowie z Mińska zostali przeniesieni do innych celi. W pierwszej dekadzie marca zabrano ich na przesłuchanie do gestapo w Al. Szucha. W czasie przejazdu spotkali się z P. Haliną Cudną, która podzieliła się z nimi posiadanymi informacjami. Metody przesłuchań były podobne do tych jakie Niemcy stosowali w Latowiczu i w Domu Akademickim, tylko narzędzia tortur były bardziej urozmaicone i było ich więcej. Bykowce, pręty żelazne, trzcina bambusowa, pejcze z ołowianymi ciężarkami itp. Przesłuchiwani nikogo nie wydali. Po ok. 2 tygodniach znowu zawieźli ich na przesłuchanie do Gestapo w Al. Szucha. Efekt był jak poprzednio. Na charakterystycznym w czasie okupacji plakacie, podpisanym przez Szefa SS i Policji z dnia 24 kwietnia 1944r. Niemcy podali nazwiska kolejnej grupy rozstrzelanych Polaków. Wśród tych nazwisk były dwa z grupy mińskiej: Witold Sażyński i Józef Popiel. Trzeci syn Państwa Sażyńskich Tadeusz, został roztrzelony kilka dni wcześniej - 14 kwietnia, także w ruinach getta w Warszawie. Ojciec rodziny wywieziony został do obozu koncentracyjnego w Sztutchofie. P. Stefania Sażyńska z Pawiaka w dniu 2 czerwca 1944r. zostaje wysłana do obozu koncentracyjnego w Rawensbruck i następnie do obozu w Oranienburgui Sachsenhausen, gdzie została wyzwolona przez przez wkraczające wojska amerykańskie. W styczniu 1946r. powróciła do Mińska i tu dopiero dowiedziała się o tragedii jaka spotkała Jej rodzinę. Dowiedziała się o zamordowaniu synów, o tym że mąż Jej zginął podczas ewakuacji obozu. Przy tym dom do wróciła był ograbiony i pusty. Zajęła się prowadzeniem Zakładu Fotograficznego i dopiero 1 września 1991r. mając 96 lat przestała w nim pracować.

 

Na ołtarzu umiłowanej Ojczyzny złożyła ofiarę najcenniejszą jaką miała - ofiarę życia męża i trzech synów i sama przeszła gehennę życiową, której żadne słowo pisane, czy mówione nie wyrazi.

 

Była sierżantem AK, wyróżniona Krzyżem Walecznych, Krzyżem Oświęcimskim, Złotym Krzyżem Zasługi z Mieczami i innymi odznaczeniami.

Była wzorem Polki - Patriotki i Matką Crzetną naszego Sztandaru. Była najstarszą Obywatelką naszego miasta. Odeszła na wieczną chwałę w dniu 10 września 1992r. mając 97 lat. Żegnała Ją liczna rzesza mieszkańców , Władze Miasta, Duchowieństwo i żołnierze AK ze sztandarem. 

Stefan Sażyński 
(1893 - 1944) 
Stefania Sażyńska
(1895–1992)
 
Tadeusz Sażyński
(1924-1944)
Witold Sażyński
 (1922-1944) 
Czesław Sażyński
(1920-1944) 
Darmowe strony internetowe dla każdego